W trakcie wycieczki czuliśmy się jak przesyłka przekazywana z rąk do rąk. Widzieliśmy, że jedziemy z Bromo do Probolingo, potem do Ijen, ale nie mieliśmy pojęcia jakie biuro tym razem zorganizuje nam dalsza część podróży i z jakim kierowca pojedziemy tym razem.
Do hotelu w okolicach Ijen dojechaliśmy ok. 18:00. Był zlokalizowany na plantacji kawy. Wyglądał trochę jak szpital przerobiony na miejsce do przespania się niż resort, do którego ktoś przyjechałby z własnej woli na kilkudniowy wypoczynek. W Bromo mieliśmy dla siebie cały bungalow, a tu pokój w kafelkach z dwoma łóżkami. Tym razem pobudka o 3 nas bardzo ucieszyła.
Na miejscu poznaliśmy Amerykanina, który przyjechał do Indonezji tylko po to, żeby zobaczyć w Ijen niebieski płomień wydobywający się z wulkanu. Nie było to standardowym punktem wycieczki i trzeba było wyjechać o 1 a nie o 4. Nasz kierowca zaoferował nam tą opcję za jedyne 100.000 Rupii od osoby. Wiedział, że ma już jednego chętnego i chciał też nas namówić, żeby więcej zrobić. Tu każdy chce z turystów wyciągnąć jak najwięcej. Trochę to jest męczące. Wiemy, że tu jest taniej niż w Polsce, ale za każdym razem mówią nam ceny 10 razy wyższe niż faktycznie obowiązują. Jak to się wszystko pozbiera to łącznie wychodzi sporo. Ostatecznie się nie zdecydowaliśmy, bo uznaliśmy, że nasze biuro podróży samo z pewnością zaproponowałoby nam taką opcję.
Ijen zrobił na nas bardzo duże wrażenie, dużo większe niż Bromo, może dlatego, że musieliśmy włożyć więcej wysiłku, żeby dotrzeć na szczyt - ponad godzinny trekking. Po drodze mijaliśmy górników niosących kosze załadowane siarką. W połowie drogi pojawiła się możliwość podniesienia takiego kosza. Po minie Piotrka widziałam, że to tylko wydaje się być lekkie. Okazało się, że jeden ładunek waży 90 kg i jest warty 6 USD.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz